sobota, 5 grudnia 2015
niedziela, 22 listopada 2015
hello, it's me
W tym roku postanowiłam rozpieścić samą siebie w tym jakże obfitym w prezenty mikołajkowo-urodzinowo-gwiazdkowym okresie i podaruję sobie, poza flakonem ukochanych perfum, które na dobrą sprawę i tak zrujnują mój budżet, bloga.
Ot tak, bo z jednej strony za tym tęsknię, a z drugiej może odrobina aktywności w tej wszechogarniającej stagnacji jakoś mnie rozrusza.
A tak mianem dygresji to byłam wczoraj na imprezie i kompletnie nie wiedziałam, co mam tam ze sobą zrobić, bo ostatnio dosłownie zajeżdżam płytę Halsey i Adele i, co tu dużo mówić, Pitbull to nie moja bajka. Ale na szczęście w zadymionym klubie odnalazłam bratnią duszę pod postacią barmana. Musiał widzieć emanujący z każdego centymetra mojego ciała egzystencjalny ból, bo na koniec wcisnął mi paragon z nagryzmolonym numerem telefonu. Gilmore Girls i One Tree Hill rodem z Krakowa. Nie wiem, czy akurat mi się "poszczęściło", czy pan ma to w zwyczaju (o czym nigdy się nie przekonam), ale zrzucę to na karb nowego tuszu do rzęs, bo moja porywająca osobowość leży gdzieś w ciemnym zaułku i dogorywa.
Myślę, że jeśli po ośmiu godzinach w pracy nagle przeniosę się do innej rzeczywistości, to przestanę katować się tym, że niby jestem tam, gdzie zawsze chciałam być, a i tak okazało się, że to wciąż nie to.
Coś gdzieś się ukaże, wrzucę tutaj link, żeby Was bardzo niesubtelnie przekierować w odpowiednie miejsce.
Jeśli macie pomysł, co chcielibyście przeczytać mojego autorstwa, to oczywiście możecie się nim podzielić w komentarzach. I najlepiej podpowiedzcie jak to zrobić, żeby doprowadzić jakieś opowiadanie do końca.
To tyle, bo jutro praca.
niedziela, 28 czerwca 2015
when did we lose our way {teaser}
Biały płotek a zanim soczyście zielona trawa. Zatrzymuje się
i przygląda uważnie, chcąc znaleźć choćby jedno przesuszone źdźbło.
Bezskutecznie. Trawnik przywodzi na myśl branżowe katalogi, które miał wątpliwy
zaszczyt tworzyć. Wszystko dookoła jest wymuskane i na pokaz. Granatowa huśtawka
w ogródku, komplet ratanowych mebli, wąż i zabawne żółte konewki w kształcie
pszczółek przy wejściu do altany. Iluzja stworzona na potrzeby sąsiadów.
Furtka nie skrzypi, gdy popycha ją czubkiem buta. Po co się
męczyć? Zatrzymuje się na moment i nasłuchuje. Drzwi jego samochodu zatrzaskują
się gwałtownie. Wstrząsają nim dreszcze na myśl, że ktoś mógłby uszkodzić jego
zdezelowane cacuszko. Tyle zbieranego przez lata materiału genetycznego szkoda
byłoby zmarnować. Przebiegły uśmieszek wypełza na jego usta, gdy słyszy za
plecami nieco niemrawy stukot stanowczo zbyt wysokich obcasów. Musi najeść się
przewagą, dopóki ją posiada. Tak łatwo nie pozwoli wydrzeć jej sobie z rąk.
Farbowana blondynka ze spuszczoną głową przeciska się obok
niego i szybkim krokiem podchodzi do białych drzwi wejściowych, na których
gospodarz zawiesił wieniec z muszli, patyków oraz kamieni pochodzących z plaży.
Wolno stąpa po kamiennych schodkach w liczbie trzech, nie spuszczając wzroku z
tandetnej dekoracji. Opiera ramię na barierce i obserwuje, jak Mila męczy się z
wciśnięciem klucza w zamek. Na metalowym kółeczku buja się gumowa figurka
Ciasteczkowego Potwora.
Buntowniczka od siedmiu boleści.
— Może ci pomóc? — pyta wreszcie, prawie autentycznie zafrasowany
nieporadnością, jaką wykazuje się na ogół stanowcza i wielce dojrzała
siostrzyczka.
Prychnięcie jest wszystkim, co otrzymuje. Jego dobra passa
trwa. Zagryza wnętrze policzka, z jawnym rozbawieniem wpatrując się w
szamotaninę, która wkrótce obudzi sąsiadów i przykuje uwagę nigdy nie
schodzącej z posterunku pani Smith. Samozwańczego szeryfa ulicy. Mógłby
przysiąc, że w ciszy, jaka zapadła nad tą częścią Aldbeach, odsuwanie firanki
zabrzmiałoby jak, nie przymierzając, huk przelatującego nad głową odrzutowca.
Ale, ale, nie czas na pielęgnację dobrych relacji międzysąsiedzkich.
Travis ma przed sobą o wiele poważniejszy problem. Sto sześćdziesiąt
szesnastoletnich centymetrów, które musi sprowadzić na dobrą, a może
przynajmniej tę mniej wyboistą, drogę. On! Wielkie nieba, na to tego wieczoru -
i każdego następnego aż do końca swych dni - się nie pisał.
Zaskoczenie goni zaskoczenie i chyba się starzeje, bo coś w
tej sytuacji wyjątkowo go uwiera. Zamiast wypiąć pierś do przodu i dumnie
wkroczyć do domu, który zapamiętał z dzieciństwa, jego noga zawisa w bezruchu
nad progiem. Świadomość, że nie będzie już odwrotu, wprawia go w chwilowe
odrętwienie. Dopiero gdy Mila wchodzi do kuchni i zapala małą lampkę na
parapecie, uświadamia sobie, że odzwyczaił się od niewygodnego poczucia
obowiązku, które nagle spadło na jego barki. Szum czajnika i zapach perfum
pewnej tajemniczej szatynki, skutecznie rozpraszają strzępki sensownych myśli,
powoli formujących się w jego głowie.
Przestąpiwszy próg, z ciężkim westchnieniem wchodzi do
środka. Wzrok przykleja do jasnych paneli, kierując się w stronę kuchni. Im
mniej szczegółów zapamięta, tym łatwiej będzie mu przebywać na nowo w tym domu.
Podchodzi do niewielkiego stolika przy oknie i siada na krześle. Dobry punkt
obserwacyjny, choć to on wolałby górować nad krzątającą się niespokojnie po
pomieszczeniu istotą.
— Jesteś dzisiaj potwornie milczący — mówi, wrzucając do
kubków po torebce pomarańczowej herbaty, którą zwykli pijać. Całe wieki temu.
To tak nierealne, że aż śmieszne, myśli, gdy kubek z
Inspektorem Gadżetem ląduje na blacie tuż pod jego nosem. Para parzy mu
podbródek, więc odchyla się i opiera o ścianę. Mnogość wspomnień, które lawiną
zasypują jego umysł, przeraża go do szpiku kości. Reset w tym przypadku nie
zadziałał. Wszystko, o czym tak mocno usiłował zapomnieć, wraca ze zdwojoną,
może nawet potrojoną siłą.
Niepewnie sięga po naczynie, jakby obawiał się jego
zawartości.
— To twoja ulubiona — ciche przypomnienie, całkowicie
zbędne. Kilka kropel nieopatrznie wypływa poza wyszczerbiony brzeg.
Mila zrywa się ze swojego miejsca, sięga po ścierkę i już po
chwili blat na nowo jest suchy i czysty. Siada z powrotem, a smukłe palce
zaciskające się na porcelanie, stanowią niezbity dowód na to, że nie tylko on
czuje się cholernie niezręcznie.
Czas staje w miejscu, gdy z jej ust wyrywa się ledwie
słyszalne „przepraszam”. Niepewne i przerażone, jak pisklę pierwszy raz samo
opuszczające gniazdo. Jak biała flaga wywieszona na froncie. To, co z nim
zrobi, zależy tylko i wyłącznie od niego.
Piłka znów jest po jego stronie.
Tym razem jednak, wcale nie sprawia mu to satysfakcji.
Cóż, nigdy nie pisałam, że mam równo pod sufitem, prawda?
wtorek, 14 kwietnia 2015
caught under false pretenses
Zimny dotyk ściany i gorący jego ust. Tyle zapamięta z tej
nocy, wepchnięta — nie całkiem ku swego zaskoczeniu — w ciemny zaułek na tyłach
klubu. Odpadające z elewacji kawałki tynku chrzęszczą pod butami chłopaka,
który w szkole jakoś nigdy nie zwraca na nią uwagi.
— Och, skarbie — sapie, przysysając się mocniej do jej
wygiętej szyi. Co dziewięćdziesiąt osiem minut w języku angielskim pojawia się
nowe słowo; średnio daje to piętnaście nieużywanych wcześniej wyrazów na dzień,
a on wyskakuje z czymś tak pospolitym i wyświechtanym. Na dodatek żywi
nadzieję, iż magiczne słowo-klucz, otworzy dla niego furtkę skrytą gdzieś pod
cienkim materiałem jej granatowej sukienki.
Twoje niedoczekanie.
Ktoś życzliwy krzyczy w ich stronę, że powinni znaleźć sobie
pokój, jeszcze zanim jej ręce stanowczo odepchną spocone ciało przewodniczącego
szkoły. Wzrok ma mętny, cuchnie najtańszą wódką dostępną na rynku i kiepską
wodą kolońską. Nawet robi jej się przykro, gdy obserwuje, jak wykrzywia usta w
podkówkę i przytrzymuje się ściany. Skupiony na utrzymaniu równowagi, co w jego
stanie wydaje się zadaniem niemalże niewykonalnym, nie zauważa, kiedy jego
(nie)zdobyta nagroda wymyka mu się raz na zawsze.
Poprawia włosy i sukienkę, która nosi ślady białego tynku,
do którego została przyparta prawie wbrew własnej woli. Pociera wargami o
siebie, z radością odkrywając, że brzoskwiniowy błyszczyk pozostał na swoim
miejscu. Bierze głęboki wdech i szykuje się do wyjścia na mokry od wieczornej
ulewy parkingowy plac, kiedy czyjś stanowczy ucisk zatrzymuje ją w miejscu.
Natychmiast rozpoznaje charakterystyczną woń męskich perfum. W końcu sama mu je
kupiła na Boże Narodzenie. Trafiła w dziesiątkę. Nawet jej miękną kolana.
— Co ty, do cholery, wyprawiasz? — ostry jak brzytwa głos
spycha ją na skraj przepaści. Powoli podnosi wzrok i napotyka spojrzenie
zielonych, prawie przezroczystych tęczówek. Robi jej gorąco, a później zimno.
Zimno i gorąco. Gorąco i znów zimno.
Każdemu jest w stanie odpyskować, nie pozostawiając na
biednym delikwencie suchej nitki, ale jej brat znajduje się poza kręgiem
żałosnych frajerów, którzy odchodzą z podkulonym ogonem. Jest odporny na jej
dziewczęce zagrywki i zawsze stawia na swoim, co doprowadza ją do białej
gorączki. Dlatego uwielbia go drażnić, a kombinacja złożona z bocznej uliczki
oraz podpitego chłoptasia, który odpada z gry, zanim zdąży zetrzeć z jej ust
połyskującą owocową warstwę błyszczyka, działa na niego niczym płachta na byka.
Uśmiecha się do siebie w myślach, gdy ciągnie ją za rękę
przez zatłoczony parking i wcale nie delikatnie popycha na miejsce pasażera, a
następnie zatrzaskuje drzwi i zajmuje siedzenie obok. Rusza z piskiem opon w
ciemną noc, nerwowo bębniąc palcami o lśniącą powierzchnię kierownicy.
— Nigdy więcej tego nie rób — warczy, nie odrywając wzroku
od jezdni.
Tak okazuje jej braterską miłość, o czym doskonale zdążyła
się przekonać. Bo Travis Pearce dla swojej chorej, młodszej siostrzyczki jest w
stanie zrobić absolutnie wszystko.
Droga upływa na uporczywym milczeniu z obydwu stron. Mila
wierci się nerwowo w fotelu pasażera. Bóg jeden wie, kiedy ulotniła się jej odwaga
i nastoletnia buta. Czarny pas wpija się w mostek, drażniąc stanowczo zbyt
rozległy kawałek odsłoniętej skóry. Mogłaby poprawić siedzenie, ale w tej
chwili boi się nawet oddychać. Spocone palce zaciskają się na wysłużonej
tapicerce, w której wyczuwa liczne przetarcia i pęknięcia. Wnętrze wypełnia mieszanka
ciężkich męskich perfum, resztek dymu papierosowego i czegoś jeszcze, co
stanowi nieodłączny element wizerunku jej jakże ukochanego braciszka. Jedna
paczka w uchwycie na kubek, druga we wnęce w desce rozdzielczej, trzecia w
schowku po jej stronie, od którego plastikowe drzwiczki urwały się samoistnie
podczas zbyt gwałtownego hamowania. Zielone pudełka z drażetkami, z których
unosi się — wstrętny jej zdaniem — zapach eukaliptusa. Pech chce, że Travis
jest od nich kompletnie i beznadziejnie uzależniony. Odczuwa naglącą ochotę,
aby rzucić w jego stronę jakąś paskudną uwagę, ale zaciśnięta szczęka i palce
lewej dłoni, które w jemu tylko znanym rytmie poruszają się na nodze, stanowią niezbity
dowód na to, że nie jest najlepiej. Po raz pierwszy została przyłapana in flagranti.
Co za pech, co za niefart.
I pomyśleć, że wszystkiemu winna jest przeklęta Macy. Matka chrzestna
jej diabolicznej metamorfozy. Gdyby nie blondynka i ukryte motywy, które
popchnęły ją do nawiązania bliższych relacji z Milą, nigdy nie zdecydowałaby
się na tak drastyczne środki, mające zmusić Travisa, aby poczuł się za nią
odpowiedzialny. Niczego nie mogła mu zarzucić, ale chciała więcej. Tak po
prostu. W końcu jej również coś się od
życia należy. Ot, zwykła siostrzana zazdrość o bujne i ekscytujące życie, jakie
prowadzi jej brat.
Naiwnie wierzyła, że zawarta umowa i grubymi nićmi szyty
sojusz, pomoże im obu. O ile ona odniosła połowiczny sukces, Macy wciąż trwa w
bardzo nieciekawym położeniu. Wnioskując po spojrzeniach, jakie Travis posyłał
tajemniczej nieznajomej, z którą zniknął na zapleczu klubu, do którego ona
udała się jako sprzymierzeniec blondynki, jej szanse z zawrotną prędkością lecą
w dół. Czyli tam, gdzie powinny się znajdować.
Przez chwilę zahacza myślą o tę niewinną istotę. Musi, a
raczej na pewno jest od niej starsza, a paradoksalnie to Mila wyglądała jak jej
starsza siostra. Może gdyby Macy nie zabrała jej któregoś popołudnia do znanej
na całym świecie sieci drogerii i nie zaopatrzyła w zestaw startowy „dla
brzydkiego kaczątka”, nie przypominałaby teraz zdesperowanej i gotowej na
wszystko czterdziestolatki. Na szczęście w porę powiedziała stop. Jedyne, co
sprawia, że nie czuje się jak schizofreniczka uwięziona we własnym ciele, to
brzoskwiniowy posmak w ustach i resztki błyszczyku na jej wydatnych wargach.
Tyle pracy, godziny przygotowań i na co to wszystko? Świat Travisa zawęził się
do tamtego niepozornego stworzenia.
Uśmiecha się w ledwie dostrzegalny sposób. Z taką
konkurencją Macy nie ma najmniejszych szans. Nie, żeby nie starała się
przeciągnąć jej brata na swoją stronę. Nie ustanie dopóki w jej ręce nie wpadnie ten, o
którym marzy od wieków. Czyli Travis.
Spogląda ukradkiem na brata. Wygląda na minimalnie
spokojniejszego. Udobruchanego? W żadnym razie. Gra pozorów. Stopniowanie
napięcia i odwleczenie w czasie tego, co nieuniknione. Poradzi sobie. Wywinie
się, jak zawsze. Nikomu nie udaje się gniewać na nią zbyt długo. Teraz jej
głowę zaprząta coś zupełnie innego. Musi znaleźć sposób, aby dowiedzieć się,
kim była dziewczyna przy stoliku.
A sposoby na to są dwa. Jeden gorszy od drugiego. Może w
gruncie rzeczy obydwie z Macy są siebie warte?
Krótko, ale to z dwóch powodów. Jeden dobry, drugi zły. W weekend do mojego domu przybywają ze schroniska dwa słodziaki i, jako że mam zamiar zostać treserką, pochłaniam w ilościach szkodzących zdrowiu wszelkie możliwe publikacje na ten temat.
Drugi powód jest już mniej przyjemny - mianowicie na dniach czekają moją miejscowość jakieś szeroko pojęte problemy z dostępem do internetu, i już dzisiaj praktycznie go nie było, a za wszelką cenę chciałam coś wrzucić, więc uznajmy, że jak na tak długą przerwę, jesteśmy w stanie przymknąć oko na długość i treść. Pojawia się nowa bohaterka, której miało być poświęcone osobne opowiadanie, ale skoro staram się w bólach i męczarniach pociągnąć to, liczę, że jej obecność mi w tym pomoże.
Znikam, mam nadzieję, że nie na długo i odzyskam dostęp do świata w jakimś rozsądnym terminie.
sobota, 11 kwietnia 2015
pytanie
Pojawiło się bardzo nikłe światełko w tunelu i moje pytanie brzmi, czy ktoś jeszcze chciałby coś tutaj przeczytać?
Pytanie o tyle ma sens, że nie wiem, czy zapału wystarczy mi na jeden odcinek, czy może więcej i zastanawiam się, ile jeszcze będzie gnębić mnie ta historia, która na chwilę obecną jest całkowicie pozbawiona fabuły.
Faktem jest, że nie potrafię się z nimi raz na zawsze rozstać, ale równie dobrze mogę coś tam sobie bazgrać bez publikacji...
Jakieś wskazówki?
Pytanie o tyle ma sens, że nie wiem, czy zapału wystarczy mi na jeden odcinek, czy może więcej i zastanawiam się, ile jeszcze będzie gnębić mnie ta historia, która na chwilę obecną jest całkowicie pozbawiona fabuły.
Faktem jest, że nie potrafię się z nimi raz na zawsze rozstać, ale równie dobrze mogę coś tam sobie bazgrać bez publikacji...
Jakieś wskazówki?
poniedziałek, 19 stycznia 2015
i fucked my way
To, że wciąż trzyma jej drobną dłoń w
swojej, jest doprawdy… zdumiewające. Dawno powinna wziąć nogi za pas i uciec
jak najdalej stąd, ale nie - splotła
swoje palce z jego, aby ukryć przeraźliwie dygoczącą rękę. Przez to wcale nie
wyglądają, jakby to on prowadził ją Bóg wie gdzie i w jakim celu, ale jakby
zmierzali tam razem, za obopólną zgodą. Nie jest przekonany, co tak naprawdę
nie pasuje mu w tej sytuacji - fakt, że jest tak naiwna i pozwala wodzić się na
pokuszenie, czy to, że nie pamięta, kiedy ostatni raz szedł z dziewczyną za
rękę. Prawdopodobnie miało to miejsce jeszcze w podstawówce, gdy jako
najładniejszy chłopiec w klasie, rozrabiaka i łamacz kobiecych serc, prowadzał
się codziennie z inną ośmiolatką.
Idą między stolikami aż do pomalowanych
na zielono drzwi. To czas na zweryfikowanie zamiarów. Dziewczyny takie jak ona
wiedzą, że należy trzymać się od niego z daleka. Dziewczyny takie jak ona nie
ośmielają się do niego uderzać. Wzdychają, marzą, ale swoich fantazji nie
przekuwają w czyn. Dziewczyny takie jak ona chcą, aby ktoś je sponiewierał,
zbrukał, a później wrócił niczym pies z podkulonym ogonem i korzył się u ich
stóp. Dziewczyny takie jak ona pragną wszystkiego tego, czego chłopcy tacy jak
on nigdy nie będą w stanie im dać. Są dla siebie wyzwaniem, próbą
przetestowania czegoś nowego, czegoś, co
nie ma prawa się udać.
Ta mała musi być wyjątkowo naiwną gąską,
ale niech jej będzie. Następuje wiekopomna chwila. Prawdopodobnie jakiś maleńki
wyrzut sumienia mógłby go powstrzymać, ale na jej nieszczęście, Travis niczego
takiego nie wyczuwa. Wydaje mu się to dziwne, ale nie poświęca więcej czasu na
roztkliwianie się. Dostanie to, po co przyszła. Najpierw jednakże wypadałoby ustalić
kilka istotnych faktów.
Naciska klamkę i wprowadza dziewczynę do
oświetlonego jaskrawymi jarzeniówkami pokoiku. Orzechowe biurko, zwykłe
krzesło, szary regał, półki wypełnione rzędami segregatorów. Królestwo Molly, w
którym zaszywa się od czasu do czasu, aby odetchnąć od tłoku i nieustannego
harmidru głównej sali albo pobyć z Paulem, do czego za żadne skarby by się nie
przyznała.
Rozgląda się niepewnie. Seledynowe ściany
przywołują wspomnienie szpitalnych korytarzy, które niezmiennie wzbudzają w
niej paniczny lęk. Cichy dźwięk zamykanych drzwi sprawia, że natychmiast
odwraca się i widzi, jak brunet stojący tyłem w dżinsach, w których prezentuje
się nieprzyzwoicie dobrze, powoli odrywa palce od klamki. Chciałoby się rzec z
niejakim wahaniem, jakby czekając, aż to biedne dziewczę zacznie wrzeszczeć,
żeby ją wypuścił, a wtedy zniknie tak samo szybko, jak pojawiła się w jego życiu.
Wygląda na to, że dostała dokładnie to,
czego od samego początku chciała. A przecież przyszła tylko po to, aby
podziękować za niespodziewany i zbyt kosztowny prezent. Narzuta. Kawałek
miękkiego materiału, którego dotyk przywołuje na myśl puszystą sierść młodego
kociaka, ocierającego się o jej łydkę. Pieszczota jest tak przyjemna, że
najchętniej nigdy nie podnosiłaby się z łóżka. Obrazy, które przemykają pod jej
powiekami, są aż nazbyt sugestywne. Otwiera oczy i z przerażeniem rejestruje,
że miętówkowe tęczówki po raz enty tego wieczoru odbywają bezczelną wędrówkę po
jej ciele. Czarne ubranie sprawia, że ten niesamowity kolor jeszcze bardziej
wybija się na pierwszy plan. Jakby ktoś dodał do wody zaledwie kroplę zielonego
barwnika.
Tego
właśnie chciałaś?
W tej chwili nie jest już niczego pewna.
Powinna się wycofać. Przeprosić za… kłopot. I drobne zamieszanie.
Tak, to wydaje się najrozsądniejsze
wyjście. Jedyne. Przecież nie chce niczego, co mogłoby zajść w tym dusznym
pomieszczeniu. Zaspokoiła swoją ciekawość, teraz niech wraca do poukładanego
życia.
Nerwowo zerka na drzwi. Wie, że on ją obserwuje. Musi wyglądać śmiesznie. Chciała dreszczyku emocji i przygody, a jedyne co czuje, to wilgoć zbierająca się pod powiekami. Co ona sobie myślała? To pytanie nie daje jej spokoju. Że nagle z zahukanego dziewczęcia przemieni się w pewną siebie kobietę? Że ma cokolwiek, co mogłoby go w niej zainteresować? Nonsens! Marzenia o nowej Kairze rozbryzgują się na wyłożonej linoleum podłodze. A towarzyszy temu jedynie martwa cisza - milczący świadek jej druzgocącej porażki.
Nerwowo zerka na drzwi. Wie, że on ją obserwuje. Musi wyglądać śmiesznie. Chciała dreszczyku emocji i przygody, a jedyne co czuje, to wilgoć zbierająca się pod powiekami. Co ona sobie myślała? To pytanie nie daje jej spokoju. Że nagle z zahukanego dziewczęcia przemieni się w pewną siebie kobietę? Że ma cokolwiek, co mogłoby go w niej zainteresować? Nonsens! Marzenia o nowej Kairze rozbryzgują się na wyłożonej linoleum podłodze. A towarzyszy temu jedynie martwa cisza - milczący świadek jej druzgocącej porażki.
Wystarczy jeden krok w stronę drzwi. Czuje
na sobie ciężar jego wzroku. Czy rozczarowałaby go, gdyby dopadła teraz lekko rozchybotanej, smętnie zwisającej klamki? Uśmiechnąłby
się kpiąco? Czy raczej bezwiednie pokiwał głową, od początku stawiając na taki
rozwój wydarzeń?
Gdyby tylko umiała zignorować palące poczucie
wstydu, które postawiło ją pod ścianą. Bijący od niej chłód wcale jej nie pomaga.
Opuszkami palców splecionych za plecami dotyka zimnego tynku. Potrzebuje
oparcia, czegoś dodatkowego poza wykładziną w odcieniu zgniłej zieleni. Potrzebuje
usiąść. Potrzebuje tlenu.
W momencie, w którym jej stopy odrywają
się od podłogi, Travis łapie ją w talii i przyciąga do siebie. Wątłe, stanowczo
zbyt lekkie ciało, zgina się w pół.
— Nie mogę oddychać.
— Wiem.
Chciałaby zapytać skąd, ale kolejny
zgubiony oddech wyciska z niej jedynie kilka łez. Kapią bezgłośnie na linoleum,
które zdążyła szczerze znienawidzić.
Opiera się o biurko i sadza sobie
dziewczynę między nogami, ani na chwilę nie poluzowując obręczy ze swoich
ramion.
— Nic ci się nie stanie.
Pewność w jego głosie sprawia, że
minimalnie się uspokaja.
— Skąd wiesz?
Odzyskuje względną trzeźwość umysłu i
uświadamia sobie coś jeszcze. Męskie dłonie na jej ciele. Absolutne novum.
Wykręca się z jego uścisku, choć czuje, że niechętnie ją puszcza i wraca na
swoje miejsce. Pod ścianę.
— Nic złego nie dzieje się, gdy mam na
sobie szczęśliwe bokserki.
Podrywa głowę i spogląda na jego poważną
twarz.
— No co? Nie wierzysz? — Wyzwanie czai
się w zielonych oczach.
Z niedowierzaniem i pogłębiającym się
szkarłatem na twarzy patrzy, jak sięga do masywnej sprzączki. Metal brzdąka
nieznajomo.
Skrzypnięcie drzwi i nagły podmuch
gorącego powietrza. W progu staje niska dziewczyna z czerwonymi włosami. Nie
bordowymi ani marchewkowymi, ale wściekle czerwonymi, które w lekko już przyklapniętych lokach otaczają okrągłą twarz. Jej wzrok zatrzymuje się na stojącej pod ścianą
dziewczynie, po czym przeskakuje na Travisa aż wreszcie natyka się na dyndające
końcówki skórzanego paska.
— Kurwa! — Rzuca i znika tak samo szybko,
jak się pojawiła.
Kaira wykorzystuje moment konsternacji i
wybiega z zaplecza. W wąskim korytarzu zderza się z Hunterem, który rozmawia z
mężczyzną od uniesionej szklanki bursztynowego trunku.
— Myślałem, że…
Nim zdąży dokończyć, szatynka wymija go
płynnym ruchem i kieruje się w stronę drzwi wyjściowych.
— Dobrze, że jesteś, Hunter. Odprowadzisz
ją do domu. — Travis wskazuje na przeciskającą się przez tłum dziewczynę.
— Dlaczego ja? Przecież masz po drodze —
prycha niezadowolony. Chłopiec na posyłki zawsze na miejscu.
— Zrobisz tak, dla mojego i jej komfortu
psychicznego, jasne?
Walka na spojrzenia nie ma najmniejszego
sensu. Niższy z mężczyzn okręca się na pięcie i odchodzi. Brunet może odetchnąć
z ulgą.
— Ta mała namieszała ci w głowie? — W
głosie przyglądającego się całej scenie motocyklisty rozbrzmiewa nutka
wesołości.
— Nie. — Natychmiastowa odpowiedź i
zdecydowany ton.
Wykrzywia usta w parszywym uśmieszku.
— W gaciach na pewno — kwituje i znika z
pola widzenia, zanim do Pearce’a dotrze sens jego słów.
Nic już z tego nie będzie.
sobota, 8 listopada 2014
you call the shots babe
Betonowy
pomost kończy się jakieś pięć, góra siedem centymetrów od czubków czarnych
szpilek. Teraz już wie, że słono za nie przepłaciła. I na pewno nie powinna
zakładać ich na długi spacer nadmorską promenadą. Jeśli chciałaby być ze sobą
całkowicie szczera, musiałaby stwierdzić, że cała ta wyprawa zdecydowanie nie
była najlepszym z jej pomysłów. Miewała korzystniejsze, szczególnie te, które
zakładały siedzenie cicho jak mysz i nie wychylanie się spod swojej miotły. Tak
było lepiej. Bezpieczniej. I w jej stylu.
Z
każdym krokiem, który przybliżał ją do celu, traciła odrobinę z pierwotnej
odwagi. Teraz nie zostało jej już zbyt wiele. Okruch. Dogasający ogarek.
Niepokój wylazł z ukrycia, gdy stanęła twarzą w twarz ze złotą czaszką, dumnie
zdobiącą wschodnią ścianę pospolitego niskiego, szarego budynku na przystani.
Przez chwilę nieruchomo wpatrywała się w naprawdę przyzwoity kawałek street
artu. Konwencja trąciła lekko kiczem, ale autorowi graffiti nie sposób było
odmówić talentu. Na niewielkim placyku przed klubem stało kilka zaparkowanych
czarnych motocykli. Z takiej odległości nie była w stanie dosłyszeć żadnych
dźwięków dobiegających z wnętrza, ale już bez tego, po pobieżnej ocenie, miała
uzasadnione podejrzenia, żeby wnioskować, że będzie pasować tam jak kwiatek do
kożucha. Wątpliwości zalały ją niczym fala kulminacyjna. Zrobiła parę kroków do
tyłu i skręciła w lewo, na molo.
Po
piętnastu minutach tępego wpatrywania się w bezkres zatoki jest odrobinę
przemarznięta i bardziej skołowana niż na początku. Woda chlupie w starych
oponach porośniętych zielonkawymi glonami. Przycumowane do brzegu żaglówki
kołyszą się miękko. Jedyne jasne punkty w bezkresnej, czarnej dziurze.
Wystarczy jeden nierozważny ruch, chwila nieuwagi, zagapienie się w dal i
nieszczęście gotowe. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby cienki
obcas zaplątał się w rzuconą nieopodal starą, rozerwaną rybacką sieć. Tyle
możliwości, wszystkie na swój sposób intrygujące.
Nie dzisiaj.
W
wąskiej uliczce słychać pojedyncze głosy. Przezornie najpierw odsuwa się od
krawędzi, żeby móc spokojnie odwrócić się na pięcie. Po co tak wcześnie kusić
los? Grupa wyrostków szybko znika z pola widzenia. Nie zaszczycają jej nawet
przelotnym spojrzeniem. Długość ani szerokość geograficzna nie odgrywają żadnej
roli. Niektórzy zawsze i wszędzie pozostają niewidzialni.
Pomarszczona
tafla wody nie przykuwa dłużej jej uwagi. Stwierdza, że już się napatrzyła.
Czas do domu. Melodyjny stukot obcasów dodaje rezonu i tylko utwierdza w
przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję. Spuszcza wzrok, kiedy przychodzi jej
obejść lokal z kiepskim logo na murze. Co w ogóle podkusiło ją, żeby zjawiać
się w tym miejscu? Odpowiedź jest oczywista, ale teraz wykazuje się daleko idącą
ignorancją.
Miętówkowe spojrzenie,
powtarza natrętny głos, który na stałe zamieszkał w jej głowie.
– To
niedorzeczne – mruczy, całą uwagę koncentrując na nierównych płytach
chodnikowych.
Powinna
była trzymać się tego, co powiedziała dziewczyna ze sklepu i spojrzeć prawdzie
w oczy. Nie ma szans. Racjonalizm
przede wszystkim. Trzeba porzucić zapalczywość i szalone pomysły i wrócić do
nudy i rutyny. Chłopak ze snów.
Też mi coś.
Kręci
głową i przyspiesza nieznacznie kroku. Im szybciej dotrze z powrotem do domu,
tym lepiej.
So have
you got the guts…
Alex
Turner sprawia, że zatrzymuje się jak sparaliżowana. Piosenka, która
zdominowała wszystkie jej playlisty na przestrzeni ostatniego roku. Katowana do
upadłego, a wciąż bezapelacyjny number one. Retoryczne, rzucone od
niechcenia pytanie? A może zaczepne i kuszące wyzwanie? Istota kryje się w
trzech prostych słowach - czy się ośmieli? Co ma do stracenia? Ociupinę własnej
godności i szacunku dla samej siebie, kilka gramów złudzeń. Nic, czego
wcześniej by nie przerabiała. Jakoś to przełknie. Co może zyskać? Nie wie, ale
istnieje wyłącznie jeden sposób, aby się o tym przekonać. Haust wieczornego
powietrza dla pokrzepienia. Dłoń zaciska się na zimnej klamce.
Dzięki
ci, Panie, za bilard, myśli brunet, gdy masywna sylwetka Paula oddala się do
pokrytego zielonym suknem stołu. Teraz może spokojnie skupić się na obiekcie
swoich obserwacji. Roztrząsanie pobudek, które przyprowadziły ją tutaj, zostawi
sobie na później. Są inne, palące i o niebo przyjemniejsze kwestie, których
kontemplacji warto się oddać. Z satysfakcją odnotowuje, że jest na co
popatrzeć.
Mierzy
ją nieśpiesznym spojrzeniem od stóp do głów, zatrzymując wzrok w miejscach,
które prawdziwy dżentelmen powinien ominąć. Masywny zegarek na srebrnej
bransolecie minutę temu wybił dziewiątą wieczorem. Dobre wychowanie odeszło w
zapomnienie. Galanteria ponownie da o sobie znać o poranku. Skromna, bordowa
sukienka robi dokładnie to, do czego została stworzona - miękko spowija
dziewczęcą, szczupłą sylwetkę, subtelnie zaokrągloną w strategicznych rejonach.
Akcentuje wąską talię i zgrabne nogi, w nienachalny i wykwintny sposób. Idealna
długość, dopasowany do tonu skóry kolor i, co najważniejsze, odpowiedni
rozmiar. Nie wygląda, jakby pożyczyła sukienkę od młodszej siostry. Nic niczego
nie opina, nic znikąd się nie wylewa. Prostota, klasa, tajemnica. Rozkosz i
sama słodycz.
Odchyla
się na odrapanym krześle z idiotycznym uśmieszkiem na ustach. Jest świadom jego
obecności, ale nie potrafi się przed nim powstrzymać. Samo patrzenie na nią
sprawia mu niewypowiedzianą przyjemność. Jego mózg wysyła czytelny komunikat w
dolne partie. Zanim zdąży się zorientować w sytuacji, powoli okrąża stolik i już
zmierza w jej kierunku.
Ciekawskie
oczy dziecka błądzą po szarych ścianach i ciemnych zakamarkach przestronnej
sali. Kilka masywnych kolumn podtrzymuje niski sufit, z którego zwisają proste,
czarne żyrandole. Większość stolików jest pustych, ale szerokie filary
zasłaniają widok na pozostałe. Solidny bar lśni w blasku ostrych żarówek.
Flakonik z kadzidełkiem stoi samotnie na blacie. Cienka spirala dymu pnie się
ku górze w monotonnym tempie.
Jest
zaskoczona tym, co widzi. Jeśli spodziewała się podrzędnej punkrockowej knajpy
pełnej życiowych wykolejeńców, najwyraźniej trafiła pod zły adres. Tutaj
powietrze wypełnione jest słodkim, egzotycznym zapachem, a kryształowe
popielniczki skrzą czystością. Nie czuć zwietrzałych trunków ani duszącej woni
tytoniu. Gołym okiem widać kobiecą rękę.
Przyjemna
aranżacja w żaden sposób nie wpływa na nią kojąco. Niepewnie przesuwa dłonią po
rozwianych wiatrem kosmykach. Panująca na dworze wilgoć lekko spuszyła je i
splątała. Mężczyźni siedzący przy jednym ze stolików wybuchają głośnym
śmiechem. Któryś z nich dostrzega zagubioną owieczkę, w każdej chwili gotową do
ucieczki. Posyła jej spojrzenie znad szerokiej szklanki z czymś, co
prawdopodobnie jest starym, dobrym Jack’iem, po czym kurtuazyjnie kiwa głową i
powraca do rozmowy z towarzyszami.
Instynktownie
cofa się o krok i wpada na coś wysokiego i twardego. Nim uda jej się
pospiesznie wybąkać przeprosiny, ciężkie dłonie lądują na wąskich biodrach.
–
Dlaczego uciekasz? – pyta znajomy głos.
Minimalnie
się rozluźnia, gdy ciepły szept wplata się w jej włosy. Została przyłapana na
gorącym uczynku.
Travis bezbłędnie
orientuje się w sytuacji i nie czeka na kolejny ruch z jej strony. Swoje już
zrobiła, przychodząc tutaj. Oczywiście dla niego. Co do tego nie ma
najmniejszych nawet wątpliwości.
Czym
prędzej łapie ją za rękę i ciągnie do swojego stolika. Dobrze się składa, że
wybrał ustronne miejsce. Zaciemniony kąt i dwa filary zapewniające maksimum
prywatności. Nie chciał, żeby zawracano mu głowę, ale po raz kolejny dla niej
jest w stanie zrobić wyjątek. Czuje, że bardzo łatwo mogłoby mu to wejść w
krew.
Sadza
ją na rozchybotanym krześle niczym szmacianą lalkę. Przez ułamek sekundy ma
ochotę sięgnąć po skórzaną ramoneskę, ale w ostatnim momencie porzuca ten
pomysł. Próbuje ukryć drżące dłonie w jej kieszeniach. Nieumiejętnie. Zauważył.
Podobnie jak rozbiegany wzrok zastraszonego zwierzęcia i nieporadność, czającą
się w jej ruchach.
Musi
przejąć pałeczkę.
Travis
pochyla się nad dziewczyną, z jedną dłonią wspartą o chłodny blat, drugą
zaciśniętą na oparciu jej krzesła. Czuje się uwięziona. Wcześniejsze poczucie
ulgi rozpływa się w powietrzu niczym kamfora. Spina się, ale strach nie zdąża
na czas, spłoszony przez skierowanie jej myśli na inne tory.
–
Napijesz się czegoś?
Ledwo
dostrzegalne skinienie. Odwraca się w jego stronę. Miętowe tęczówki wpatrują
się w nią z zaskakującym spokojem i pewnością. Całkowicie kontroluje sytuację.
Chyba jej to odpowiada. Przyzwyczaiła się, że ktoś inny trzyma ster. Nie ma nic
przeciwko, żeby to on napisał scenariusz tego wieczoru.
– Mają
tutaj sok?
–
Zobaczę, co da się zrobić. – Mruga i znika za masywną kolumną.
Nie
potrafi okiełznać głupkowatego uśmiechu, który zdaje się już na dobre zadomowił
się na jego ustach. Jest w niej coś niebywale rozbrajającego. W porównaniu z
dziewczynami, które do tej pory stawały na jego drodze, stanowi coś w rodzaju
pojedynczej sztuki wymarłego niemalże gatunku. Zagrożonego okazu, który należy
objąć ochroną. Dobry Boże, chętnie podjąłby się tej misji.
Staje
przy barze i zamawia szklankę soku. Trafia na porzeczkowy. Barmanka, która
zastępuje Molly, posyła mu przydługie spojrzenie. Na próżno. Robi na nim
wrażenie podobne do ziarnka piasku na pustyni. Płaci za napój i wraca do
stolika. Jej obecność przy nim bierze za dobrą monetę. Pochyla się nad blatem
ze wzrokiem utkwionym w słodkiej buźce.
–
Mógłbym wpatrywać się w ciebie całe wieki…
Rumieniec.
–… ale
nie ukrywam, że twoja obecność w naszych skromnych progach wyjątkowo mnie
nurtuje.
Szatynka
nerwowo przygryza dolną wargę. Zabawne. Zupełnie nie przewidziała takiego
obrotu spraw. Kolejny dowód na to, że odrobina spontaniczności nie przynosi
niczego dobrego. Czuje, że wszelakie sensowne myśli wywietrzały jej z głowy.
Bardzo chciałaby wyglądać na pewną siebie, ale przeciągające się milczenie zdradza
naprędce utkany plan.
Wzdycha
zrezygnowana i podnosi wzrok. Światło lamp wydobywa z jego włosów czekoladowe refleksy.
–
Musisz o czymś wiedzieć – zaczyna niepewnie jak akrobata, stawiający pierwszy
krok na cienkiej linie.
W
zielonych oczach pojawia się żywe zainteresowanie. Podpiera brodę na pięści i
bezwstydnie wpatruje się w urocze rumieńce na jej policzkach. Na pewno są
naturalne, wywołane zakłopotaniem, a nie wprawnymi muśnięciami pędzla. Smukłe
palce o krótkich, lekko zaokrąglonych paznokciach, pociągniętych mlecznym
lakierem, zaciskają się na szklance. Cienka niczym pajęcza nić bransoletka co
chwilę miękko spływa po szczupłym nadgarstku. Tylko perfumy, których użyła,
całkowicie do niej nie pasują. Ich zapach spowija go jak sieć i nie jest w
stanie logicznie myśleć. W istocie w
ogóle nie jest w stanie myśleć, może tylko czuć, a jest co. Gdyby zamknął oczy
i skupił się na uwodzicielskim zapachu, prawdopodobnie byłby w stanie zapomnieć o
tym, z kim ma do czynienia. A wtedy mógłby przeszarżować. Tego by nie chciał. Jest
taka ujmująca i urzekająca. I w tym doznaniu całkowicie dziewicza. Nawet fakt,
że czyta z niej jak z otwartej księgi, nie redukuje jego ekscytacji. Jeśli chce
igrać z ogniem, nie będzie jej powstrzymywał. Niech się nim nacieszy. Przyszła
tu dla niego. Oto on, Travis Pearce oddaje się kobiecie na srebrnej tacy. Po
raz pierwszy. Czy ostatni? Któż to wie...
Twoje zdrowie, piękna.
– Tu
jesteś! – Zziajany Hunter, nie bacząc na nic, dopada krzesła i siada ciężko,
dysząc głośno. – Dzwonię do ciebie od godziny – mówi z wyrzutem.
– Pali się? – Głos bruneta pozbawiony jest
śladowych ilości sympatii i ciekawości.
– No
nie, ale…
– To
znikaj. Nie widzisz, że jestem zajęty?
Hunter
przenosi wzrok na siedzącą obok szatynkę. O, cholera. Dopiero teraz ją
rozpoznaje. Dziewczyna od łóżka.
– Mogę się
chociaż napić? – stęka. Jest ciekawy, co ją tutaj przygnało. Nie wygląda na
taką, która uganiałaby się za Travisem, ale pozory mylą, a wszystkie kobiety są
przecież takie same.
–
Oczywiście – odpowiada ze zdradzieckim błyskiem w oku. – Przeniesiemy się w
jakieś ustronniejsze miejsce, prawda?
Obchodzi
stolik i odsuwa jej krzesło.
Hunter
spogląda na całą scenę z na wpół otwartymi ustami. Nie dowierza. Dlaczego sądził, że ona mogłaby zostać wyjątkiem, zaprzeczającym prawdziwości teorii? Odprowadza ich
wzrokiem, aż znikają za filarem. Sięga po travisowe piwo. Ma nadzieję, że tajemniczej
szatynce spodoba się nieco wytarta samochodowa tapicerka.
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale informacja z poprzedniego posta wciąż aktualna. Ten rozdział potraktujmy jako chwilowe zaćmienie umysłu.
Wydaje mi się, że muszę zrobić sobie całkowitą przerwę od pisania, bo ostatnio mam problem ze stworzeniem pojedynczego zdania. Albo, to druga opcja, napisać coś prostego, banalnego, co nie będzie wysysało ze mnie wszelkiej energii życiowej. Nienawidzę jesieni, chcę już śnieg, siarczysty mróz i narty na nogach. Wtedy będę szczęśliwa.
Oficjalnie odpoczywam od blogowego świata, a nieoficjalnie zastanawiam się, czy w ogóle jest zapotrzebowanie na tego typu historie albo po prostu, krótko rzecz ujmując, moje historie. Dochodzę do wniosku, że chyba lepiej pisałoby mi się dla samej siebie, ale na razie nie chcę zamykać sobie furtki i palić mostów. Do końca roku planowo ma ukazać się tutaj jeszcze jeden rozdział. Liczę na to, że w ferworze przedświątecznych porządków i kuchennej krzątaniny doznam olśnienia, a jeśli nie to wtedy będę się martwić.
Wydaje mi się, że muszę zrobić sobie całkowitą przerwę od pisania, bo ostatnio mam problem ze stworzeniem pojedynczego zdania. Albo, to druga opcja, napisać coś prostego, banalnego, co nie będzie wysysało ze mnie wszelkiej energii życiowej. Nienawidzę jesieni, chcę już śnieg, siarczysty mróz i narty na nogach. Wtedy będę szczęśliwa.
Oficjalnie odpoczywam od blogowego świata, a nieoficjalnie zastanawiam się, czy w ogóle jest zapotrzebowanie na tego typu historie albo po prostu, krótko rzecz ujmując, moje historie. Dochodzę do wniosku, że chyba lepiej pisałoby mi się dla samej siebie, ale na razie nie chcę zamykać sobie furtki i palić mostów. Do końca roku planowo ma ukazać się tutaj jeszcze jeden rozdział. Liczę na to, że w ferworze przedświątecznych porządków i kuchennej krzątaniny doznam olśnienia, a jeśli nie to wtedy będę się martwić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)