niedziela, 22 listopada 2015

hello, it's me


W tym roku postanowiłam rozpieścić samą siebie w tym jakże obfitym w prezenty mikołajkowo-urodzinowo-gwiazdkowym okresie i podaruję sobie, poza flakonem ukochanych perfum, które na dobrą sprawę i tak zrujnują mój budżet, bloga.
Ot tak, bo z jednej strony za tym tęsknię, a z drugiej może odrobina aktywności w tej wszechogarniającej stagnacji jakoś mnie rozrusza.
A tak mianem dygresji to byłam wczoraj na imprezie i kompletnie nie wiedziałam, co mam tam ze sobą zrobić, bo ostatnio dosłownie zajeżdżam płytę Halsey i Adele i, co tu dużo mówić, Pitbull to nie moja bajka. Ale na szczęście w zadymionym klubie odnalazłam bratnią duszę pod postacią barmana. Musiał widzieć emanujący z każdego centymetra mojego ciała egzystencjalny ból, bo na koniec wcisnął mi paragon z nagryzmolonym numerem telefonu. Gilmore Girls i One Tree Hill rodem z Krakowa. Nie wiem, czy akurat mi się "poszczęściło", czy pan ma to w zwyczaju (o czym nigdy się nie przekonam), ale zrzucę to na karb nowego tuszu do rzęs, bo moja porywająca osobowość leży gdzieś w ciemnym zaułku i dogorywa.
Myślę, że jeśli po ośmiu godzinach w pracy nagle przeniosę się do innej rzeczywistości, to przestanę katować się tym, że niby jestem tam, gdzie zawsze chciałam być, a i tak okazało się, że to wciąż nie to.
Coś gdzieś się ukaże, wrzucę tutaj link, żeby Was bardzo niesubtelnie przekierować w odpowiednie miejsce.
Jeśli macie pomysł, co chcielibyście przeczytać mojego autorstwa, to oczywiście możecie się nim podzielić w komentarzach. I najlepiej podpowiedzcie jak to zrobić, żeby doprowadzić jakieś opowiadanie do końca.
To tyle, bo jutro praca.

niedziela, 28 czerwca 2015

when did we lose our way {teaser}



Biały płotek a zanim soczyście zielona trawa. Zatrzymuje się i przygląda uważnie, chcąc znaleźć choćby jedno przesuszone źdźbło. Bezskutecznie. Trawnik przywodzi na myśl branżowe katalogi, które miał wątpliwy zaszczyt tworzyć. Wszystko dookoła jest wymuskane i na pokaz. Granatowa huśtawka w ogródku, komplet ratanowych mebli, wąż i zabawne żółte konewki w kształcie pszczółek przy wejściu do altany. Iluzja stworzona na potrzeby sąsiadów.
Furtka nie skrzypi, gdy popycha ją czubkiem buta. Po co się męczyć? Zatrzymuje się na moment i nasłuchuje. Drzwi jego samochodu zatrzaskują się gwałtownie. Wstrząsają nim dreszcze na myśl, że ktoś mógłby uszkodzić jego zdezelowane cacuszko. Tyle zbieranego przez lata materiału genetycznego szkoda byłoby zmarnować. Przebiegły uśmieszek wypełza na jego usta, gdy słyszy za plecami nieco niemrawy stukot stanowczo zbyt wysokich obcasów. Musi najeść się przewagą, dopóki ją posiada. Tak łatwo nie pozwoli wydrzeć jej sobie z rąk.
Farbowana blondynka ze spuszczoną głową przeciska się obok niego i szybkim krokiem podchodzi do białych drzwi wejściowych, na których gospodarz zawiesił wieniec z muszli, patyków oraz kamieni pochodzących z plaży. Wolno stąpa po kamiennych schodkach w liczbie trzech, nie spuszczając wzroku z tandetnej dekoracji. Opiera ramię na barierce i obserwuje, jak Mila męczy się z wciśnięciem klucza w zamek. Na metalowym kółeczku buja się gumowa figurka Ciasteczkowego Potwora.
Buntowniczka od siedmiu boleści.
— Może ci pomóc? — pyta wreszcie, prawie autentycznie zafrasowany nieporadnością, jaką wykazuje się na ogół stanowcza i wielce dojrzała siostrzyczka.
Prychnięcie jest wszystkim, co otrzymuje. Jego dobra passa trwa. Zagryza wnętrze policzka, z jawnym rozbawieniem wpatrując się w szamotaninę, która wkrótce obudzi sąsiadów i przykuje uwagę nigdy nie schodzącej z posterunku pani Smith. Samozwańczego szeryfa ulicy. Mógłby przysiąc, że w ciszy, jaka zapadła nad tą częścią Aldbeach, odsuwanie firanki zabrzmiałoby jak, nie przymierzając, huk przelatującego nad głową odrzutowca.
Ale, ale, nie czas na pielęgnację dobrych relacji międzysąsiedzkich. Travis ma przed sobą o wiele poważniejszy problem. Sto sześćdziesiąt szesnastoletnich centymetrów, które musi sprowadzić na dobrą, a może przynajmniej tę mniej wyboistą, drogę. On! Wielkie nieba, na to tego wieczoru - i każdego następnego aż do końca swych dni - się nie pisał.
Zaskoczenie goni zaskoczenie i chyba się starzeje, bo coś w tej sytuacji wyjątkowo go uwiera. Zamiast wypiąć pierś do przodu i dumnie wkroczyć do domu, który zapamiętał z dzieciństwa, jego noga zawisa w bezruchu nad progiem. Świadomość, że nie będzie już odwrotu, wprawia go w chwilowe odrętwienie. Dopiero gdy Mila wchodzi do kuchni i zapala małą lampkę na parapecie, uświadamia sobie, że odzwyczaił się od niewygodnego poczucia obowiązku, które nagle spadło na jego barki. Szum czajnika i zapach perfum pewnej tajemniczej szatynki, skutecznie rozpraszają strzępki sensownych myśli, powoli formujących się w jego głowie.
Przestąpiwszy próg, z ciężkim westchnieniem wchodzi do środka. Wzrok przykleja do jasnych paneli, kierując się w stronę kuchni. Im mniej szczegółów zapamięta, tym łatwiej będzie mu przebywać na nowo w tym domu. Podchodzi do niewielkiego stolika przy oknie i siada na krześle. Dobry punkt obserwacyjny, choć to on wolałby górować nad krzątającą się niespokojnie po pomieszczeniu istotą.
— Jesteś dzisiaj potwornie milczący — mówi, wrzucając do kubków po torebce pomarańczowej herbaty, którą zwykli pijać. Całe wieki temu.
To tak nierealne, że aż śmieszne, myśli, gdy kubek z Inspektorem Gadżetem ląduje na blacie tuż pod jego nosem. Para parzy mu podbródek, więc odchyla się i opiera o ścianę. Mnogość wspomnień, które lawiną zasypują jego umysł, przeraża go do szpiku kości. Reset w tym przypadku nie zadziałał. Wszystko, o czym tak mocno usiłował zapomnieć, wraca ze zdwojoną, może nawet potrojoną siłą.
Niepewnie sięga po naczynie, jakby obawiał się jego zawartości.
— To twoja ulubiona — ciche przypomnienie, całkowicie zbędne. Kilka kropel nieopatrznie wypływa poza wyszczerbiony brzeg.
Mila zrywa się ze swojego miejsca, sięga po ścierkę i już po chwili blat na nowo jest suchy i czysty. Siada z powrotem, a smukłe palce zaciskające się na porcelanie, stanowią niezbity dowód na to, że nie tylko on czuje się cholernie niezręcznie.
Czas staje w miejscu, gdy z jej ust wyrywa się ledwie słyszalne „przepraszam”. Niepewne i przerażone, jak pisklę pierwszy raz samo opuszczające gniazdo. Jak biała flaga wywieszona na froncie. To, co z nim zrobi, zależy tylko i wyłącznie od niego.
Piłka znów jest po jego stronie.
Tym razem jednak, wcale nie sprawia mu to satysfakcji.


Cóż, nigdy nie pisałam, że mam równo pod sufitem, prawda?

wtorek, 14 kwietnia 2015

caught under false pretenses



 
Zimny dotyk ściany i gorący jego ust. Tyle zapamięta z tej nocy, wepchnięta — nie całkiem ku swego zaskoczeniu — w ciemny zaułek na tyłach klubu. Odpadające z elewacji kawałki tynku chrzęszczą pod butami chłopaka, który w szkole jakoś nigdy nie zwraca na nią uwagi.
— Och, skarbie — sapie, przysysając się mocniej do jej wygiętej szyi. Co dziewięćdziesiąt osiem minut w języku angielskim pojawia się nowe słowo; średnio daje to piętnaście nieużywanych wcześniej wyrazów na dzień, a on wyskakuje z czymś tak pospolitym i wyświechtanym. Na dodatek żywi nadzieję, iż magiczne słowo-klucz, otworzy dla niego furtkę skrytą gdzieś pod cienkim materiałem jej granatowej sukienki.
Twoje niedoczekanie.
Ktoś życzliwy krzyczy w ich stronę, że powinni znaleźć sobie pokój, jeszcze zanim jej ręce stanowczo odepchną spocone ciało przewodniczącego szkoły. Wzrok ma mętny, cuchnie najtańszą wódką dostępną na rynku i kiepską wodą kolońską. Nawet robi jej się przykro, gdy obserwuje, jak wykrzywia usta w podkówkę i przytrzymuje się ściany. Skupiony na utrzymaniu równowagi, co w jego stanie wydaje się zadaniem niemalże niewykonalnym, nie zauważa, kiedy jego (nie)zdobyta nagroda wymyka mu się raz na zawsze.
Poprawia włosy i sukienkę, która nosi ślady białego tynku, do którego została przyparta prawie wbrew własnej woli. Pociera wargami o siebie, z radością odkrywając, że brzoskwiniowy błyszczyk pozostał na swoim miejscu. Bierze głęboki wdech i szykuje się do wyjścia na mokry od wieczornej ulewy parkingowy plac, kiedy czyjś stanowczy ucisk zatrzymuje ją w miejscu. Natychmiast rozpoznaje charakterystyczną woń męskich perfum. W końcu sama mu je kupiła na Boże Narodzenie. Trafiła w dziesiątkę. Nawet jej miękną kolana.
— Co ty, do cholery, wyprawiasz? — ostry jak brzytwa głos spycha ją na skraj przepaści. Powoli podnosi wzrok i napotyka spojrzenie zielonych, prawie przezroczystych tęczówek. Robi jej gorąco, a później zimno. Zimno i gorąco. Gorąco i znów zimno.
Każdemu jest w stanie odpyskować, nie pozostawiając na biednym delikwencie suchej nitki, ale jej brat znajduje się poza kręgiem żałosnych frajerów, którzy odchodzą z podkulonym ogonem. Jest odporny na jej dziewczęce zagrywki i zawsze stawia na swoim, co doprowadza ją do białej gorączki. Dlatego uwielbia go drażnić, a kombinacja złożona z bocznej uliczki oraz podpitego chłoptasia, który odpada z gry, zanim zdąży zetrzeć z jej ust połyskującą owocową warstwę błyszczyka, działa na niego niczym płachta na byka.
Uśmiecha się do siebie w myślach, gdy ciągnie ją za rękę przez zatłoczony parking i wcale nie delikatnie popycha na miejsce pasażera, a następnie zatrzaskuje drzwi i zajmuje siedzenie obok. Rusza z piskiem opon w ciemną noc, nerwowo bębniąc palcami o lśniącą powierzchnię kierownicy.
— Nigdy więcej tego nie rób — warczy, nie odrywając wzroku od jezdni.
Tak okazuje jej braterską miłość, o czym doskonale zdążyła się przekonać. Bo Travis Pearce dla swojej chorej, młodszej siostrzyczki jest w stanie zrobić absolutnie wszystko.

Droga upływa na uporczywym milczeniu z obydwu stron. Mila wierci się nerwowo w fotelu pasażera. Bóg jeden wie, kiedy ulotniła się jej odwaga i nastoletnia buta. Czarny pas wpija się w mostek, drażniąc stanowczo zbyt rozległy kawałek odsłoniętej skóry. Mogłaby poprawić siedzenie, ale w tej chwili boi się nawet oddychać. Spocone palce zaciskają się na wysłużonej tapicerce, w której wyczuwa liczne przetarcia i pęknięcia. Wnętrze wypełnia mieszanka ciężkich męskich perfum, resztek dymu papierosowego i czegoś jeszcze, co stanowi nieodłączny element wizerunku jej jakże ukochanego braciszka. Jedna paczka w uchwycie na kubek, druga we wnęce w desce rozdzielczej, trzecia w schowku po jej stronie, od którego plastikowe drzwiczki urwały się samoistnie podczas zbyt gwałtownego hamowania. Zielone pudełka z drażetkami, z których unosi się — wstrętny jej zdaniem — zapach eukaliptusa. Pech chce, że Travis jest od nich kompletnie i beznadziejnie uzależniony. Odczuwa naglącą ochotę, aby rzucić w jego stronę jakąś paskudną uwagę, ale zaciśnięta szczęka i palce lewej dłoni, które w jemu tylko znanym rytmie poruszają się na nodze, stanowią niezbity dowód na to, że nie jest najlepiej. Po raz pierwszy została przyłapana in flagranti. Co za pech, co za niefart.
I pomyśleć, że wszystkiemu winna jest przeklęta Macy. Matka chrzestna jej diabolicznej metamorfozy. Gdyby nie blondynka i ukryte motywy, które popchnęły ją do nawiązania bliższych relacji z Milą, nigdy nie zdecydowałaby się na tak drastyczne środki, mające zmusić Travisa, aby poczuł się za nią odpowiedzialny. Niczego nie mogła mu zarzucić, ale chciała więcej. Tak po prostu. W końcu jej również coś się od życia należy. Ot, zwykła siostrzana zazdrość o bujne i ekscytujące życie, jakie prowadzi jej brat.
Naiwnie wierzyła, że zawarta umowa i grubymi nićmi szyty sojusz, pomoże im obu. O ile ona odniosła połowiczny sukces, Macy wciąż trwa w bardzo nieciekawym położeniu. Wnioskując po spojrzeniach, jakie Travis posyłał tajemniczej nieznajomej, z którą zniknął na zapleczu klubu, do którego ona udała się jako sprzymierzeniec blondynki, jej szanse z zawrotną prędkością lecą w dół. Czyli tam, gdzie powinny się znajdować.
Przez chwilę zahacza myślą o tę niewinną istotę. Musi, a raczej na pewno jest od niej starsza, a paradoksalnie to Mila wyglądała jak jej starsza siostra. Może gdyby Macy nie zabrała jej któregoś popołudnia do znanej na całym świecie sieci drogerii i nie zaopatrzyła w zestaw startowy „dla brzydkiego kaczątka”, nie przypominałaby teraz zdesperowanej i gotowej na wszystko czterdziestolatki. Na szczęście w porę powiedziała stop. Jedyne, co sprawia, że nie czuje się jak schizofreniczka uwięziona we własnym ciele, to brzoskwiniowy posmak w ustach i resztki błyszczyku na jej wydatnych wargach. Tyle pracy, godziny przygotowań i na co to wszystko? Świat Travisa zawęził się do tamtego niepozornego stworzenia.
Uśmiecha się w ledwie dostrzegalny sposób. Z taką konkurencją Macy nie ma najmniejszych szans. Nie, żeby nie starała się przeciągnąć jej brata na swoją stronę. Nie ustanie dopóki w jej ręce nie wpadnie ten, o którym marzy od wieków. Czyli Travis.
Spogląda ukradkiem na brata. Wygląda na minimalnie spokojniejszego. Udobruchanego? W żadnym razie. Gra pozorów. Stopniowanie napięcia i odwleczenie w czasie tego, co nieuniknione. Poradzi sobie. Wywinie się, jak zawsze. Nikomu nie udaje się gniewać na nią zbyt długo. Teraz jej głowę zaprząta coś zupełnie innego. Musi znaleźć sposób, aby dowiedzieć się, kim była dziewczyna przy stoliku.
A sposoby na to są dwa. Jeden gorszy od drugiego. Może w gruncie rzeczy obydwie z Macy są siebie warte?



Krótko, ale to z dwóch powodów. Jeden dobry, drugi zły. W weekend do mojego domu przybywają ze schroniska dwa słodziaki i, jako że mam zamiar zostać treserką, pochłaniam w ilościach szkodzących zdrowiu wszelkie możliwe publikacje na ten temat. 
Drugi powód jest już mniej przyjemny - mianowicie na dniach czekają moją miejscowość jakieś szeroko pojęte problemy z dostępem do internetu, i już dzisiaj praktycznie go nie było, a za wszelką cenę chciałam coś wrzucić, więc uznajmy, że jak na tak długą przerwę, jesteśmy w stanie przymknąć oko na długość i treść. Pojawia się nowa bohaterka, której miało być poświęcone osobne opowiadanie, ale skoro staram się w bólach i męczarniach pociągnąć to, liczę, że jej obecność mi w tym pomoże.
Znikam, mam nadzieję, że nie na długo i odzyskam dostęp do świata w jakimś rozsądnym terminie.

sobota, 11 kwietnia 2015

pytanie

Pojawiło się bardzo nikłe światełko w tunelu i moje pytanie brzmi, czy ktoś jeszcze chciałby coś tutaj przeczytać?
Pytanie o tyle ma sens, że nie wiem, czy zapału wystarczy mi na jeden odcinek, czy może więcej i zastanawiam się, ile jeszcze będzie gnębić mnie ta historia, która na chwilę obecną jest całkowicie pozbawiona fabuły.
Faktem jest, że nie potrafię się z nimi raz na zawsze rozstać, ale równie dobrze mogę coś tam sobie bazgrać bez publikacji...
Jakieś wskazówki?

poniedziałek, 19 stycznia 2015

i fucked my way



To, że wciąż trzyma jej drobną dłoń w swojej, jest doprawdy… zdumiewające. Dawno powinna wziąć nogi za pas i uciec jak najdalej stąd, ale nie  - splotła swoje palce z jego, aby ukryć przeraźliwie dygoczącą rękę. Przez to wcale nie wyglądają, jakby to on prowadził ją Bóg wie gdzie i w jakim celu, ale jakby zmierzali tam razem, za obopólną zgodą. Nie jest przekonany, co tak naprawdę nie pasuje mu w tej sytuacji - fakt, że jest tak naiwna i pozwala wodzić się na pokuszenie, czy to, że nie pamięta, kiedy ostatni raz szedł z dziewczyną za rękę. Prawdopodobnie miało to miejsce jeszcze w podstawówce, gdy jako najładniejszy chłopiec w klasie, rozrabiaka i łamacz kobiecych serc, prowadzał się codziennie z inną ośmiolatką.
Idą między stolikami aż do pomalowanych na zielono drzwi. To czas na zweryfikowanie zamiarów. Dziewczyny takie jak ona wiedzą, że należy trzymać się od niego z daleka. Dziewczyny takie jak ona nie ośmielają się do niego uderzać. Wzdychają, marzą, ale swoich fantazji nie przekuwają w czyn. Dziewczyny takie jak ona chcą, aby ktoś je sponiewierał, zbrukał, a później wrócił niczym pies z podkulonym ogonem i korzył się u ich stóp. Dziewczyny takie jak ona pragną wszystkiego tego, czego chłopcy tacy jak on nigdy nie będą w stanie im dać. Są dla siebie wyzwaniem, próbą przetestowania czegoś nowego, czegoś, co nie ma prawa się udać.
Ta mała musi być wyjątkowo naiwną gąską, ale niech jej będzie. Następuje wiekopomna chwila. Prawdopodobnie jakiś maleńki wyrzut sumienia mógłby go powstrzymać, ale na jej nieszczęście, Travis niczego takiego nie wyczuwa. Wydaje mu się to dziwne, ale nie poświęca więcej czasu na roztkliwianie się. Dostanie to, po co przyszła. Najpierw jednakże wypadałoby ustalić kilka istotnych faktów.
Naciska klamkę i wprowadza dziewczynę do oświetlonego jaskrawymi jarzeniówkami pokoiku. Orzechowe biurko, zwykłe krzesło, szary regał, półki wypełnione rzędami segregatorów. Królestwo Molly, w którym zaszywa się od czasu do czasu, aby odetchnąć od tłoku i nieustannego harmidru głównej sali albo pobyć z Paulem, do czego za żadne skarby by się nie przyznała.
Rozgląda się niepewnie. Seledynowe ściany przywołują wspomnienie szpitalnych korytarzy, które niezmiennie wzbudzają w niej paniczny lęk. Cichy dźwięk zamykanych drzwi sprawia, że natychmiast odwraca się i widzi, jak brunet stojący tyłem w dżinsach, w których prezentuje się nieprzyzwoicie dobrze, powoli odrywa palce od klamki. Chciałoby się rzec z niejakim wahaniem, jakby czekając, aż to biedne dziewczę zacznie wrzeszczeć, żeby ją wypuścił, a wtedy zniknie tak samo szybko, jak pojawiła się w jego życiu.
Wygląda na to, że dostała dokładnie to, czego od samego początku chciała. A przecież przyszła tylko po to, aby podziękować za niespodziewany i zbyt kosztowny prezent. Narzuta. Kawałek miękkiego materiału, którego dotyk przywołuje na myśl puszystą sierść młodego kociaka, ocierającego się o jej łydkę. Pieszczota jest tak przyjemna, że najchętniej nigdy nie podnosiłaby się z łóżka. Obrazy, które przemykają pod jej powiekami, są aż nazbyt sugestywne. Otwiera oczy i z przerażeniem rejestruje, że miętówkowe tęczówki po raz enty tego wieczoru odbywają bezczelną wędrówkę po jej ciele. Czarne ubranie sprawia, że ten niesamowity kolor jeszcze bardziej wybija się na pierwszy plan. Jakby ktoś dodał do wody zaledwie kroplę zielonego barwnika.
Tego właśnie chciałaś?
W tej chwili nie jest już niczego pewna. Powinna się wycofać. Przeprosić za… kłopot. I drobne zamieszanie.
Tak, to wydaje się najrozsądniejsze wyjście. Jedyne. Przecież nie chce niczego, co mogłoby zajść w tym dusznym pomieszczeniu. Zaspokoiła swoją ciekawość, teraz niech wraca do poukładanego życia. 
Nerwowo zerka na drzwi. Wie, że on ją obserwuje. Musi wyglądać śmiesznie. Chciała dreszczyku emocji i przygody, a jedyne co czuje, to wilgoć zbierająca się pod powiekami. Co ona sobie myślała? To pytanie nie daje jej spokoju. Że nagle z zahukanego dziewczęcia przemieni się w pewną siebie kobietę? Że ma cokolwiek, co mogłoby go w niej zainteresować? Nonsens! Marzenia o nowej Kairze rozbryzgują się na wyłożonej linoleum podłodze. A towarzyszy temu jedynie martwa cisza - milczący świadek jej druzgocącej porażki.
Wystarczy jeden krok w stronę drzwi. Czuje na sobie ciężar jego wzroku. Czy rozczarowałaby go, gdyby dopadła teraz lekko rozchybotanej, smętnie zwisającej klamki? Uśmiechnąłby się kpiąco? Czy raczej bezwiednie pokiwał głową, od początku stawiając na taki rozwój wydarzeń?
Gdyby tylko umiała zignorować palące poczucie wstydu, które postawiło ją pod ścianą. Bijący od niej chłód wcale jej nie pomaga. Opuszkami palców splecionych za plecami dotyka zimnego tynku. Potrzebuje oparcia, czegoś dodatkowego poza wykładziną w odcieniu zgniłej zieleni. Potrzebuje usiąść. Potrzebuje tlenu.
W momencie, w którym jej stopy odrywają się od podłogi, Travis łapie ją w talii i przyciąga do siebie. Wątłe, stanowczo zbyt lekkie ciało, zgina się w pół.
— Nie mogę oddychać.
— Wiem.
Chciałaby zapytać skąd, ale kolejny zgubiony oddech wyciska z niej jedynie kilka łez. Kapią bezgłośnie na linoleum, które zdążyła szczerze znienawidzić.
Opiera się o biurko i sadza sobie dziewczynę między nogami, ani na chwilę nie poluzowując obręczy ze swoich ramion.
— Nic ci się nie stanie.
Pewność w jego głosie sprawia, że minimalnie się uspokaja.
— Skąd wiesz?
Odzyskuje względną trzeźwość umysłu i uświadamia sobie coś jeszcze. Męskie dłonie na jej ciele. Absolutne novum. Wykręca się z jego uścisku, choć czuje, że niechętnie ją puszcza i wraca na swoje miejsce. Pod ścianę.
— Nic złego nie dzieje się, gdy mam na sobie szczęśliwe bokserki.
Podrywa głowę i spogląda na jego poważną twarz.
— No co? Nie wierzysz? — Wyzwanie czai się w zielonych oczach.
Z niedowierzaniem i pogłębiającym się szkarłatem na twarzy patrzy, jak sięga do masywnej sprzączki. Metal brzdąka nieznajomo.
Skrzypnięcie drzwi i nagły podmuch gorącego powietrza. W progu staje niska dziewczyna z czerwonymi włosami. Nie bordowymi ani marchewkowymi, ale wściekle czerwonymi, które w lekko już przyklapniętych lokach otaczają okrągłą twarz. Jej wzrok zatrzymuje się na stojącej pod ścianą dziewczynie, po czym przeskakuje na Travisa aż wreszcie natyka się na dyndające końcówki skórzanego paska.
— Kurwa! — Rzuca i znika tak samo szybko, jak się pojawiła.
Kaira wykorzystuje moment konsternacji i wybiega z zaplecza. W wąskim korytarzu zderza się z Hunterem, który rozmawia z mężczyzną od uniesionej szklanki bursztynowego trunku.
— Myślałem, że…
Nim zdąży dokończyć, szatynka wymija go płynnym ruchem i kieruje się w stronę drzwi wyjściowych.
— Dobrze, że jesteś, Hunter. Odprowadzisz ją do domu. — Travis wskazuje na przeciskającą się przez tłum dziewczynę.
— Dlaczego ja? Przecież masz po drodze — prycha niezadowolony. Chłopiec na posyłki zawsze na miejscu.
— Zrobisz tak, dla mojego i jej komfortu psychicznego, jasne?
Walka na spojrzenia nie ma najmniejszego sensu. Niższy z mężczyzn okręca się na pięcie i odchodzi. Brunet może odetchnąć z ulgą.
— Ta mała namieszała ci w głowie? — W głosie przyglądającego się całej scenie motocyklisty rozbrzmiewa nutka wesołości.
— Nie. — Natychmiastowa odpowiedź i zdecydowany ton.
Wykrzywia usta w parszywym uśmieszku.
— W gaciach na pewno — kwituje i znika z pola widzenia, zanim do Pearce’a dotrze sens jego słów. 


Nic już z tego nie będzie.

sobota, 8 listopada 2014

you call the shots babe



Betonowy pomost kończy się jakieś pięć, góra siedem centymetrów od czubków czarnych szpilek. Teraz już wie, że słono za nie przepłaciła. I na pewno nie powinna zakładać ich na długi spacer nadmorską promenadą. Jeśli chciałaby być ze sobą całkowicie szczera, musiałaby stwierdzić, że cała ta wyprawa zdecydowanie nie była najlepszym z jej pomysłów. Miewała korzystniejsze, szczególnie te, które zakładały siedzenie cicho jak mysz i nie wychylanie się spod swojej miotły. Tak było lepiej. Bezpieczniej. I w jej stylu.
Z każdym krokiem, który przybliżał ją do celu, traciła odrobinę z pierwotnej odwagi. Teraz nie zostało jej już zbyt wiele. Okruch. Dogasający ogarek. Niepokój wylazł z ukrycia, gdy stanęła twarzą w twarz ze złotą czaszką, dumnie zdobiącą wschodnią ścianę pospolitego niskiego, szarego budynku na przystani. Przez chwilę nieruchomo wpatrywała się w naprawdę przyzwoity kawałek street artu. Konwencja trąciła lekko kiczem, ale autorowi graffiti nie sposób było odmówić talentu. Na niewielkim placyku przed klubem stało kilka zaparkowanych czarnych motocykli. Z takiej odległości nie była w stanie dosłyszeć żadnych dźwięków dobiegających z wnętrza, ale już bez tego, po pobieżnej ocenie, miała uzasadnione podejrzenia, żeby wnioskować, że będzie pasować tam jak kwiatek do kożucha. Wątpliwości zalały ją niczym fala kulminacyjna. Zrobiła parę kroków do tyłu i skręciła w lewo, na molo.
Po piętnastu minutach tępego wpatrywania się w bezkres zatoki jest odrobinę przemarznięta i bardziej skołowana niż na początku. Woda chlupie w starych oponach porośniętych zielonkawymi glonami. Przycumowane do brzegu żaglówki kołyszą się miękko. Jedyne jasne punkty w bezkresnej, czarnej dziurze. Wystarczy jeden nierozważny ruch, chwila nieuwagi, zagapienie się w dal i nieszczęście gotowe. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby cienki obcas zaplątał się w rzuconą nieopodal starą, rozerwaną rybacką sieć. Tyle możliwości, wszystkie na swój sposób intrygujące.
Nie dzisiaj.
W wąskiej uliczce słychać pojedyncze głosy. Przezornie najpierw odsuwa się od krawędzi, żeby móc spokojnie odwrócić się na pięcie. Po co tak wcześnie kusić los? Grupa wyrostków szybko znika z pola widzenia. Nie zaszczycają jej nawet przelotnym spojrzeniem. Długość ani szerokość geograficzna nie odgrywają żadnej roli. Niektórzy zawsze i wszędzie pozostają niewidzialni.
Pomarszczona tafla wody nie przykuwa dłużej jej uwagi. Stwierdza, że już się napatrzyła. Czas do domu. Melodyjny stukot obcasów dodaje rezonu i tylko utwierdza w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję. Spuszcza wzrok, kiedy przychodzi jej obejść lokal z kiepskim logo na murze. Co w ogóle podkusiło ją, żeby zjawiać się w tym miejscu? Odpowiedź jest oczywista, ale teraz wykazuje się daleko idącą ignorancją.
Miętówkowe spojrzenie, powtarza natrętny głos, który na stałe zamieszkał w jej głowie.
– To niedorzeczne – mruczy, całą uwagę koncentrując na nierównych płytach chodnikowych.
Powinna była trzymać się tego, co powiedziała dziewczyna ze sklepu i spojrzeć prawdzie w oczy. Nie ma szans. Racjonalizm przede wszystkim. Trzeba porzucić zapalczywość i szalone pomysły i wrócić do nudy i rutyny. Chłopak ze snów.
Też mi coś.
Kręci głową i przyspiesza nieznacznie kroku. Im szybciej dotrze z powrotem do domu, tym lepiej.
So have you got the guts…
Alex Turner sprawia, że zatrzymuje się jak sparaliżowana. Piosenka, która zdominowała wszystkie jej playlisty na przestrzeni ostatniego roku. Katowana do upadłego, a wciąż  bezapelacyjny number one. Retoryczne, rzucone od niechcenia pytanie? A może zaczepne i kuszące wyzwanie? Istota kryje się w trzech prostych słowach - czy się ośmieli? Co ma do stracenia? Ociupinę własnej godności i szacunku dla samej siebie, kilka gramów złudzeń. Nic, czego wcześniej by nie przerabiała. Jakoś to przełknie. Co może zyskać? Nie wie, ale istnieje wyłącznie jeden sposób, aby się o tym przekonać. Haust wieczornego powietrza dla pokrzepienia. Dłoń zaciska się na zimnej klamce.


Dzięki ci, Panie, za bilard, myśli brunet, gdy masywna sylwetka Paula oddala się do pokrytego zielonym suknem stołu. Teraz może spokojnie skupić się na obiekcie swoich obserwacji. Roztrząsanie pobudek, które przyprowadziły ją tutaj, zostawi sobie na później. Są inne, palące i o niebo przyjemniejsze kwestie, których kontemplacji warto się oddać. Z satysfakcją odnotowuje, że jest na co popatrzeć.
Mierzy ją nieśpiesznym spojrzeniem od stóp do głów, zatrzymując wzrok w miejscach, które prawdziwy dżentelmen powinien ominąć. Masywny zegarek na srebrnej bransolecie minutę temu wybił dziewiątą wieczorem. Dobre wychowanie odeszło w zapomnienie. Galanteria ponownie da o sobie znać o poranku. Skromna, bordowa sukienka robi dokładnie to, do czego została stworzona - miękko spowija dziewczęcą, szczupłą sylwetkę, subtelnie zaokrągloną w strategicznych rejonach. Akcentuje wąską talię i zgrabne nogi, w nienachalny i wykwintny sposób. Idealna długość, dopasowany do tonu skóry kolor i, co najważniejsze, odpowiedni rozmiar. Nie wygląda, jakby pożyczyła sukienkę od młodszej siostry. Nic niczego nie opina, nic znikąd się nie wylewa. Prostota, klasa, tajemnica. Rozkosz i sama słodycz.
Odchyla się na odrapanym krześle z idiotycznym uśmieszkiem na ustach. Jest świadom jego obecności, ale nie potrafi się przed nim powstrzymać. Samo patrzenie na nią sprawia mu niewypowiedzianą przyjemność. Jego mózg wysyła czytelny komunikat w dolne partie. Zanim zdąży się zorientować w sytuacji, powoli okrąża stolik i już zmierza w jej kierunku.
Ciekawskie oczy dziecka błądzą po szarych ścianach i ciemnych zakamarkach przestronnej sali. Kilka masywnych kolumn podtrzymuje niski sufit, z którego zwisają proste, czarne żyrandole. Większość stolików jest pustych, ale szerokie filary zasłaniają widok na pozostałe. Solidny bar lśni w blasku ostrych żarówek. Flakonik z kadzidełkiem stoi samotnie na blacie. Cienka spirala dymu pnie się ku górze w monotonnym tempie.
Jest zaskoczona tym, co widzi. Jeśli spodziewała się podrzędnej punkrockowej knajpy pełnej życiowych wykolejeńców, najwyraźniej trafiła pod zły adres. Tutaj powietrze wypełnione jest słodkim, egzotycznym zapachem, a kryształowe popielniczki skrzą czystością. Nie czuć zwietrzałych trunków ani duszącej woni tytoniu. Gołym okiem widać kobiecą rękę.
Przyjemna aranżacja w żaden sposób nie wpływa na nią kojąco. Niepewnie przesuwa dłonią po rozwianych wiatrem kosmykach. Panująca na dworze wilgoć lekko spuszyła je i splątała. Mężczyźni siedzący przy jednym ze stolików wybuchają głośnym śmiechem. Któryś z nich dostrzega zagubioną owieczkę, w każdej chwili gotową do ucieczki. Posyła jej spojrzenie znad szerokiej szklanki z czymś, co prawdopodobnie jest starym, dobrym Jack’iem, po czym kurtuazyjnie kiwa głową i powraca do rozmowy z towarzyszami.
Instynktownie cofa się o krok i wpada na coś wysokiego i twardego. Nim uda jej się pospiesznie wybąkać przeprosiny, ciężkie dłonie lądują na wąskich biodrach.
– Dlaczego uciekasz? – pyta znajomy głos.
Minimalnie się rozluźnia, gdy ciepły szept wplata się w jej włosy. Została przyłapana na gorącym uczynku.
Travis bezbłędnie orientuje się w sytuacji i nie czeka na kolejny ruch z jej strony. Swoje już zrobiła, przychodząc tutaj. Oczywiście dla niego. Co do tego nie ma najmniejszych nawet wątpliwości.
Czym prędzej łapie ją za rękę i ciągnie do swojego stolika. Dobrze się składa, że wybrał ustronne miejsce. Zaciemniony kąt i dwa filary zapewniające maksimum prywatności. Nie chciał, żeby zawracano mu głowę, ale po raz kolejny dla niej jest w stanie zrobić wyjątek. Czuje, że bardzo łatwo mogłoby mu to wejść w krew.
Sadza ją na rozchybotanym krześle niczym szmacianą lalkę. Przez ułamek sekundy ma ochotę sięgnąć po skórzaną ramoneskę, ale w ostatnim momencie porzuca ten pomysł. Próbuje ukryć drżące dłonie w jej kieszeniach. Nieumiejętnie. Zauważył. Podobnie jak rozbiegany wzrok zastraszonego zwierzęcia i nieporadność, czającą się w jej ruchach.
Musi przejąć pałeczkę.
Travis pochyla się nad dziewczyną, z jedną dłonią wspartą o chłodny blat, drugą zaciśniętą na oparciu jej krzesła. Czuje się uwięziona. Wcześniejsze poczucie ulgi rozpływa się w powietrzu niczym kamfora. Spina się, ale strach nie zdąża na czas, spłoszony przez skierowanie jej myśli na inne tory.
– Napijesz się czegoś?
Ledwo dostrzegalne skinienie. Odwraca się w jego stronę. Miętowe tęczówki wpatrują się w nią z zaskakującym spokojem i pewnością. Całkowicie kontroluje sytuację. Chyba jej to odpowiada. Przyzwyczaiła się, że ktoś inny trzyma ster. Nie ma nic przeciwko, żeby to on napisał scenariusz tego wieczoru.
– Mają tutaj sok?
– Zobaczę, co da się zrobić. – Mruga i znika za masywną kolumną.
Nie potrafi okiełznać głupkowatego uśmiechu, który zdaje się już na dobre zadomowił się na jego ustach. Jest w niej coś niebywale rozbrajającego. W porównaniu z dziewczynami, które do tej pory stawały na jego drodze, stanowi coś w rodzaju pojedynczej sztuki wymarłego niemalże gatunku. Zagrożonego okazu, który należy objąć ochroną. Dobry Boże, chętnie podjąłby się tej misji.
Staje przy barze i zamawia szklankę soku. Trafia na porzeczkowy. Barmanka, która zastępuje Molly, posyła mu przydługie spojrzenie. Na próżno. Robi na nim wrażenie podobne do ziarnka piasku na pustyni. Płaci za napój i wraca do stolika. Jej obecność przy nim bierze za dobrą monetę. Pochyla się nad blatem ze wzrokiem utkwionym w słodkiej buźce.
– Mógłbym wpatrywać się w ciebie całe wieki…
Rumieniec.
–… ale nie ukrywam, że twoja obecność w naszych skromnych progach wyjątkowo mnie nurtuje.
Szatynka nerwowo przygryza dolną wargę. Zabawne. Zupełnie nie przewidziała takiego obrotu spraw. Kolejny dowód na to, że odrobina spontaniczności nie przynosi niczego dobrego. Czuje, że wszelakie sensowne myśli wywietrzały jej z głowy. Bardzo chciałaby wyglądać na pewną siebie, ale przeciągające się milczenie zdradza naprędce utkany plan.
Wzdycha zrezygnowana i podnosi wzrok. Światło lamp wydobywa z jego włosów czekoladowe refleksy.
– Musisz o czymś wiedzieć – zaczyna niepewnie jak akrobata, stawiający pierwszy krok na cienkiej linie.
W zielonych oczach pojawia się żywe zainteresowanie. Podpiera brodę na pięści i bezwstydnie wpatruje się w urocze rumieńce na jej policzkach. Na pewno są naturalne, wywołane zakłopotaniem, a nie wprawnymi muśnięciami pędzla. Smukłe palce o krótkich, lekko zaokrąglonych paznokciach, pociągniętych mlecznym lakierem, zaciskają się na szklance. Cienka niczym pajęcza nić bransoletka co chwilę miękko spływa po szczupłym nadgarstku. Tylko perfumy, których użyła, całkowicie do niej nie pasują. Ich zapach spowija go jak sieć i nie jest w stanie logicznie myśleć.  W istocie w ogóle nie jest w stanie myśleć, może tylko czuć, a jest co. Gdyby zamknął oczy i skupił się na uwodzicielskim zapachu, prawdopodobnie byłby w stanie zapomnieć o tym, z kim ma do czynienia. A wtedy mógłby przeszarżować. Tego by nie chciał. Jest taka ujmująca i urzekająca. I w tym doznaniu całkowicie dziewicza. Nawet fakt, że czyta z niej jak z otwartej księgi, nie redukuje jego ekscytacji. Jeśli chce igrać z ogniem, nie będzie jej powstrzymywał. Niech się nim nacieszy. Przyszła tu dla niego. Oto on, Travis Pearce oddaje się kobiecie na srebrnej tacy. Po raz pierwszy. Czy ostatni? Któż to wie...
Twoje zdrowie, piękna.
– Tu jesteś! – Zziajany Hunter, nie bacząc na nic, dopada krzesła i siada ciężko, dysząc głośno. – Dzwonię do ciebie od godziny – mówi z wyrzutem.
– Pali się? – Głos bruneta pozbawiony jest śladowych ilości sympatii i ciekawości.
– No nie, ale…
– To znikaj. Nie widzisz, że jestem zajęty?
Hunter przenosi wzrok na siedzącą obok szatynkę. O, cholera. Dopiero teraz ją rozpoznaje. Dziewczyna od łóżka.
– Mogę się chociaż napić? – stęka. Jest ciekawy, co ją tutaj przygnało. Nie wygląda na taką, która uganiałaby się za Travisem, ale pozory mylą, a wszystkie kobiety są przecież takie same.
– Oczywiście – odpowiada ze zdradzieckim błyskiem w oku. – Przeniesiemy się w jakieś ustronniejsze miejsce, prawda?
Obchodzi stolik i odsuwa jej krzesło.
Hunter spogląda na całą scenę z na wpół otwartymi ustami. Nie dowierza. Dlaczego sądził, że ona mogłaby zostać wyjątkiem, zaprzeczającym prawdziwości teorii? Odprowadza ich wzrokiem, aż znikają za filarem. Sięga po travisowe piwo. Ma nadzieję, że tajemniczej szatynce spodoba się nieco wytarta samochodowa tapicerka.


Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale informacja z poprzedniego posta wciąż aktualna. Ten rozdział potraktujmy jako chwilowe zaćmienie umysłu.  
Wydaje mi się, że muszę zrobić sobie całkowitą przerwę od pisania, bo ostatnio mam problem ze stworzeniem pojedynczego zdania. Albo, to druga opcja, napisać coś prostego, banalnego, co nie będzie wysysało ze mnie wszelkiej energii życiowej. Nienawidzę jesieni, chcę już śnieg, siarczysty mróz i narty na nogach. Wtedy będę szczęśliwa. 
Oficjalnie odpoczywam od blogowego świata, a nieoficjalnie zastanawiam się, czy w ogóle jest zapotrzebowanie na tego typu historie albo po prostu, krótko rzecz ujmując, moje historie. Dochodzę do wniosku, że chyba lepiej pisałoby mi się dla samej siebie, ale na razie nie chcę zamykać sobie furtki i palić mostów. Do końca roku planowo ma ukazać się tutaj jeszcze jeden rozdział. Liczę na to, że w ferworze przedświątecznych porządków i kuchennej krzątaniny doznam olśnienia, a jeśli nie to wtedy będę się martwić.